sobota, 18 maja 2013

Rozdział 6.

Przerywamy wiadomości aby ogłosić ważną sprawę. - powiedział jakiś pan w telewizji.
- Otóż amerykański piosenkarz ,który pochodzi z Kanady właśnie miał poważny wypadek na granicy Rosji. Nie wiemy co dokładnie się stało. Justin Bieber...nie żyje. - te ostatnie słowa huczały mi w głowie. Zaczęło mi się kręcić w głowie. Poczułam...pustkę? Nagle zaczęłam ryczeć. Upadłam z bezsilności. Po godzinie płakania w tym samym miejscu ruszyłam szybko do drzwi. Nie obchodziło mnie to czy mam na sobie jedynie skarpetki czy to ,że cały tusz rozmazał mi sie na twarzy. Doszłam do  największego budynku w moim mieście. Wleciałam szybko do niego. Ochroniarz pilnujący tam spokoju gdy mnie zauważył od razu za mną poleciał. Nie zważając na konsekwencję wbiegłam na samą górę budynku. Weszłam na sam dach. Spojrzałam w dół. Spokojnie było kilkadziesiąt albo nawet więcej metrów. Na dole był ruch. 
- Nie potrafię bez Ciebie żyć. W końcu się spotkamy ,Justin. Kocham Cię. - wypowiedziałam te słowa, zamknęłam oczy i skoczyłam....

- Jezu chryste! - krzyknęłam jak oparzona wstając z łóżka. Obróciłam się. Byłam w pidżamie, w swoim pokoju. Wszystko było jak dawniej..czyli to był tylko sen? Sen?! Raczej największy koszmar. Potrząsnęłam głową i spojrzałam na zegarek
5.00 czyli wyrobię się.
Ruszyłam do swojej garderoby. Po chwili w końcu wybrałam morską bluzę zakładaną przez głowę z napisem 'FUCK YOU' oraz czarne rurki. Otworzyłam szafę z której wyciągnęłam bieliznę i ruszyłam do łazienki. Gdy już tam byłam rozebrałam się ,a piżamę rzuciłam gdzieś w kąt. Odkręciłam kran  i weszłam do prysznica. Po 10 minutach byłam cała umyta. Wytarłam się w ręcznik i zrobiłam z nim tak samo jak z piżamą. Zrobiłam turban z kolejnego ręcznika. Nagle zauważyłam żyletkę. Leżała sobie w środku szafki i błagała mnie 'weź mnie! weź mnie'. Potrzebowałam jej. Ciągnęło mnie do niej jak do magnesu. Po chwili zastanowienia w końcu podeszłam bliżej. Chciałam w końcu poczuć ulgę. Tym razem wyciągnęłam ją z szafki i tak po prostu przejechałam nią po moim nadgarstku. Zsunęłam się po ścianie. Poczułam ulgę. Odetchnęłam i przez kolejne 10 minut patrzyłam jak krew spływa po mojej ręce ,a po chwili kapie na kafelki.
Nareszcie w domu.
Umyłam tą całą krew. Nie czułam winy ,że to zrobiłam. Czułam po prostu potrzebę jej na swojej skórze. Ogarnęłam się , ubrałam i wyszłam z toalety. Moje włosy były już wysuszone i wyprostowane. Zrobiłam kreski eyelinerem , nałożyłam tusz i inne pierdoły. Tak jak codziennie. Po skończonym make-up'ie wzięłam moją torbę i zbiegłam na dół po schodach. Szczerze mówiąc, prawie nigdy nie jem śniadania. I dzisiaj również tak się stało. Nawet nie popatrzyłam w stronę kuchni. Weszłam do salonu. Usiadłam tak,że nogi miałam skulone pod swoją brodą. Włączyłam TV.

Czemu muszę być samotna akurat w tych chwilach? Dlaczego nie mogę być razem z rodziną, która pomogła by mi? Naprawdę potrzebuję miłości. Ciekawe ile dni jeszcze przeżyję. Coś czuje ,że moje dni są policzone.
To,że zachowuję się w domu czy w szkole jak normalna nastolatka,wcale nie znaczy,że tak jest. Rozdziera mnie od środka. Moje serce codziennie pęka na kawałki. Moja psychika z dnia na dzień maleje. Ale ciągle się uśmiecham, mówię to wszystko co na co dzień. I próbuję żyć. Jestem dobrą aktorką, zdecydowanie.

Godzina 7.45. Spóźnię się na autobus. Szybko wstałam ,założyłam conversy , jeszcze raz sprawdziłam czy z raną wszystko w miarę ,pociągnęłam za torbę, i zatrzasnęłam drzwi. W drodze na autobus puściłam 'As Long As You Love Me' co pomogło mi w szybszym dojściu na przystanek. Kiedy cała zdyszana zatrzymałam się i szepnęłam 'Zdążyłam,uf''. Nagle podjechał banan którym miałam wjechać do świata męki. Usiadłam na końcu autobusu i puściłam 'Nothing Like Us'. Odwróciłam głowę w stronę okna i myślałam.

*Szkoła*

- Boże jaki miałam dzisiaj sen...- powiedziałam zabawnie do mojej paczki kiedy wybieraliśmy się na lunch. Po wypowiedzianych słowach ugryzłam się w język,a moje myśli oblały się samymi  przekleństwami.
Przejebane.
- Jaki? - zapytał John. Zmieszałam się i próbowałam coś wymyślić. To paraliżowało mnie całą.Co ,miałam mu powiedzieć ,że śnił mi się mój idol, Justin Bieber ,który miał wypadek, a ja nie chciałam bez niego żyć i skoczyłam z wieżowca? Jeszcze czego.
- Do końca nie pamiętam. Chyba ktoś mnie gonił i siekierą walił. - skłamałam. Ale dobrze ,że zdążyłam w porę wymyślić jakiś kit. Może się nabiorą.
- Oh. Gdybym był w tym śnie na pewno bym Ci pomógł. - powiedział nagle. Potem sam ugryzł się w język tak jak ja przedtem ,zabijając się za to co powiedział. A ja wtedy coś zrozumiałam.
On mnie kurczę kocha.O Boże.
Usiadłam jak wryta do naszego stolika. Ale jak to? Dlaczego wczesniej tego nie zauważyłam? To jak się troszczy, to jak odpowiada na wszystkie pytania. To jak próbuje mnie rozśmieszyć. Ygh. 
Mam przesrane.
Nathalie Alice Morris się komuś podoba.
Nie żyję.

***
Nowy rozdział! Zapraszam do czytania <3 
#muchlove

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz